top of page

Oddech i dziennik

Piękny mamy dziś dzień. A do tego wolny, przynajmniej dla mnie. Siedzę właśnie w kawiarni w centrum Katowic, sącząc powoli moją już lekko chłodną kawę bez mleka. Brzmi jak idylla, prawda? Kto w dzisiejszych czasach ma przestrzeń na to, by nic nie robić, bądź oddawać się swoim przyjemnościom? Często czuję się przez takie myślenie jakby coś było ze mną nie tak. Współczesność promuje multitasking i bycie produktywnym 24 godziny na dobę, nawet sen zaczyna nam już przeszkadzać w robieniu rzeczy. Ważnych rzeczy. Czy aby na pewno? Nie rozumiem tego. W sensie, rozumiem, samej mi wpojono takie zasady. Ale skąd i dlaczego ktoś kiedykolwiek stwierdził, że będzie to dla nas dobre? Owszem, rozumiem rozsądną ilość czasu na bycie produktywnym. Dążenie do wyższych celów nadaje w znacznym stopniu sens naszemu życiu i istnieniu.

Ale mam wrażenie, że zapomnieliśmy co to znaczy żyć.


Życie nie składa się tylko z robienia, robienia, robienia. Nie jesteśmy maszynami. Jesteśmy ludźmi. Czemu uwielbiamy popadać w skrajności zamiast cieszyć się każdym oddechem i chwilą w której dzieje się coś niesamowitego? Coś, co zapewne się już nie powtórzy? Wspominamy, jak to było kiedyś. Jakie wspaniałe lata nam minęły. Zapewne bez trudny potrafisz przywołać w sobie takie proste rzeczy z przeszłości, jak zapach łąki po której goniłeś, ciepło poranka podczas powolnego otwierania oczu, smak ciasta babci, które piekła zawsze tylko dla Ciebie, radość z jaką biegłeś do znajomych spędzić kolejny wspaniały dzień na beztroskiej zabawie… Kiedyś potrafiłeś żyć.

Co stało się teraz? Gdzie tak pędzisz?


Moja babcia uwielbia odpowiadać na to pytanie - do śmierci. Coś w tym jest. Zatrzymajmy się w tym pędzie, który pozbawia nas tego co najcenniejsze. Tych drobnych, małych rzeczy, które przytrafiają się nam każdego dnia. Uśmiechu przechodnia na ulicy. Wyjątkowo dobrze zaparzonej kawy w pobliskiej kawiarni. Ciepłego słowa ekspedientki przy płaceniu za zakupy spożywcze. Twórzmy wspomnienia w chwili obecnej, gdyż życie dzieje się teraz. Nie jutro, nie wczoraj. Nie namawiam oczywiście do rezygnacji z planowania przyszłości, czy wspominania dawnych chwil przy rodzinnym albumie. Wręcz przeciwnie, uważam, że nasze życie powinno mieć strukturę i wstępny plan. Ten plan jest wyznaczany przez nasze wartości, marzenia, obowiązki. Ale nie popadajmy w tak kochane przez nas skrajności. Cieszmy się życiem, gdyż ono dzieje się teraz. Otwórz okno, weź głęboki wdech, poczuj powietrze, które wypełnia Twoje płuca. Żyjesz. Tworzysz. Czujesz. Jesteś. To niesamowite, prawda? Naucz się siebie słuchać - zarówno swojego organizmu jak i psychiki. Zaopiekuj się sobą w odpowiedni sposób. Twórz wspomnienia pięknych chwil. I pamiętaj, że ideały nie istnieją. Idealne plany, życie, przyszłość - idealne będzie wtedy, gdy będzie w zgodzie z Tobą.


Przez bardzo długi czas bałam się zostawać sama ze sobą. Bałam się nic nie robić. Czułam, że w ten sposób marnuję cenne chwile, które mogłabym przeznaczyć na naukę, rozwój, pracę, życie. Mam to szczęście, że nie potrzebuję być w pracy ciągle, by wyżyć. Uczę się, mam pomoc partnera i rodziców, pracuję dwa dni w tygodniu i obecnie szukam dodatkowej pracy, by zarobić na swoje marzenia. Przez całe życie słyszłam, że mam się uczyć by coś osiągnąć w życiu. Tak więc robiłam. Szlam przez życie z celem ukierunkowanym na dyplom ze studiów. W końcu po wielu mniejszych i większych trudnościach udało mi się zdobyć tak wymarzony przeze mnie i moich rodziców papier, który zaświadcza o posiadanej przeze mnie wiedzy. Po świętowaniu obrony wróciłam do siebie. Emocje opadły. Zostałam sama ze sobą, a mojej głowie pojawiło się przerażenie. I co teraz? Co mam robić? Czułam, że wreszcie mogę wszystko i to napawało mnie niesamowitą energią. Ale wszystko, to znaczy co? Co lubię? Co chcę robić? Gdzie pracować? Jakie firmy mogłyby mnie przygarnąć? Z biegiem czasu dopadało mnie coraz większe przerażenie.


Odkładałam myślenie o przyszłości, powtarzałam sobie: żyj tu i teraz. Ciesz się. Masz okazję, to może zaraz się skończyć. Odbijałam się od ścian, nie wiedząc co ze sobą zrobić. Czułam i czuję nadal w sobie ogromny potencjał do robienia… no właśnie, czego? Nagle coś zaczęło się psuć. Ataki stały się coraz częstsze. Nerwowość sięgała zenitu. Gdyby nie leki od pani doktor, które przepisała mi na lepszy sen, wątpię, żebym chodziła wyspana. Byłam rozdrażniona. Chciałam wyjechać, zmienić klimat, pomyśleć. Zaczęło mi wszystko przeszkadzać. Czułam, że potrzebuję jakiejś zmiany. Ale nie wiedziałam jakiej. Irytacja wciąż wzrastała, czułam, że mimo wszystko czas ucieka mi przez palce, a ja nie posiadałam planu na przyszłość. Patrzyłam na innych ludzi dookoła i wydawało mi się, że każdy już ma to swoje „coś” tylko nie ja. I pewnie ta sytuacja trwała by nadal, a może i wydarzyłoby się coś jeszcze gorszego, gdyby z pomocą nie przyszedł mi… spokój.


Oddech.


Najpierw chwila spędzona ze sobą. Prośba do partnera, by pomógł mi w medytacji. Najpierw pięć minut z rana. Oddech. A może by tak zacząć pisać? Gdy byłam dzieckiem pisałam pamiętniki. Naukowcy co chwilę mówią, że pisanie poprawiła koncentracje, obniża ciśnienie krwi i w ogóle jest takie wspaniałe. Kupiłam zeszyt. Otworzyłam go. I co teraz? - myślałam, patrząc na pustą kartkę. Może poszukam inspiracji? Chwyciłam za telefon w przeszukiwaniu pinteresta, instagrama oraz oglądania filmików na YouTube na temat journalingowania. Całkiem nieźle już znałam podstawy i widziałam wiele ładnych kartek. Ale co Ja mam zrobić? Co zapisać? A może po prostu skopiować strony? I robiłam to, ale jakoś tak nie czułam w tym siebie. 10 minut dziennie. 15 minut. Oddech. Pół godzinki.

Dzień za dniem skrupulatnie wracałam do zeszytu i przypominałam sobie o pisaniu. Nadal nad tym pracuję, ale w swoich dziennikach widzę siebie już coraz wyraźniej.


Uśmiecham się do siebie.

Witaj, Natalio. Cieszę się, że mogę Cię w końcu poznać.




Komentarze


  • Behance
  • Instagram
  • Facebook
  • Linkedin
bottom of page